Robinson - sprzęt wędkarski

Przynęty na pstrąga

Miejsce na Twoją reklamę na forum wędkarskim

Dragon sprzęt wędkarski

Okulary wędkarskie polaryzacyjne Solano

Witamy na forum wędkarskim FORS, Gość
Login: Hasło: Zapamiętaj mnie

TEMAT: Z pamiętnika muszkarza...

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 15:09 #41772

  • thymalus
  • thymalus Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 395
  • Podziękowań: 55
Cieszę się niezmiernie, że się podoba. Na pewno kontynuacja będzie... Kurcze, C&R które stosuję właściwie od początku mojej przygody z wędką jak napisałem w jednym z wcześniejszych postów stosuję z prozaicznej przyczyny, że jadam ryby wyłącznie morskie. Nie znaczy to, że nigdy nie zabiłem ryby, choć na pewno w ilości złowionych były to procenty. Wiem, że tym co napiszę zepsuję radość weekendu. Zastanówmy się jednak, czy nie jesteśmy w pewnym stopniu sadystami? W Niemczech C&R jest zakazane, uznane jest za męczenie ryb, właśnie za swego rodzaju sadyzm. Dla nas jest to przyjemność, a dla ryb walka o życie... Sory za porównanie, ale to tak, jakbyśmy bez jakiejkolwiek konieczności wysyłali naszą matkę, dziecko czy żonę (przy tym ostatnim nie będę się upierał podobnie jak i przy teściowej) na zupełnie niepotrzebną operację i patrzyli, czy przeżyje. Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia, ale z drugiej strony co mam robić. Brać ryby po to, żeby oddać znajomym? Ja myślę, że we wszystkim konieczny jest umiar. Nie można z jednej strony traktować jako kogoś gorszego osoby, która bierze ryby w miarę na prawdę koniecznych potrzeb ale też nie można traktować jako kogoś nienormalnego osoby puszczającej ryby. A co powiecie na to, że ja, podobnie jak koledzy zabieraliśmy z różnych łowisk pstrągi dla żołądków, które preparowane przekazywane były dla Stasia Ciosa i posłużyły jako materiał do książki Co zjada pstrąg.

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 15:59 #41775

  • Fatso
  • Fatso Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 137
  • Podziękowań: 12
Toś mnie, thymalusie, mile wielce zaskoczył Twym pisarskim talentem. Inna rzecz, że w czasie bzdykfusowych wyjazdów do Płytnicy nie pisarstwem się zajmowaliśmy ;-))
A ta historia z "manekinem" słynna była w "naszych" kręgach.

Pisałeś o swych pierwszym łowieniu w Sanie, z Maniksem i to na czeskiego "Szekspira". Cholera! Mocno znajomo to brzmi. Ja też na pierwszy wyjazd nad San (chyba w 1986) ten czeski kij wziąłem. Krowi ogon, to mało powiedziane, młodszy człowiek wtedy był i więcej "pary" w łapach, ale całodzienne machanie tym "ustrojstwem" było lepsze od dnia w siłowni :-)). Z tym, że mój kołowrotek, to był polski Dorado, natomiast sznura nie pamiętam - wiem jedynie, że była to połówka jakiegoś DT5F.

Ja dodatkowo z początku łowiłem z dużym plecakiem na stelażu na grzbiecie. Natomiast na szyi wisiała mi tuba 1,40 m, a w niej spining i odległościówka. Plany z moim Towarzyszem Wypraw mieliśmy ambitne - łowić na muchę pstrągi i lipienie, pstrągi na spining i wreszcie świnki na spławik. Plany jednak mają to do siebie, że często życie je mocno weryfikuje: na muchę łowiło się tak fajnie (trochę też pospiningowaliśmy), że odległościówki nawet z pokrowca nie wyjąłem (jeśli pamięć mnnie nie myli).

Na nogach wodery, spodniobutów jeszcze nie miałem. To był hardcore pierwszej wody, ale za to ryby faktycznie brały. Pierwszego dnia wyjąłem trzy miarowe lipienie, w tym największego 36. Ech żizń ;-)

Fajne czasy, ale większe lipki na szczęście później połowiłem, ostatnio duużo rzadziej, ale też się zdarza.

Pzdr,
Fatso

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 20:02 #41783

  • thymalus
  • thymalus Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 395
  • Podziękowań: 55
Część 4. Czyli obok ryb...
Nie tylko rekordowe ryby pozostają w pamięci. Jest niezliczona ilość przeżyć które wydarzyły się wokół wypadów na ryby. Zacznijmy może od tego, co "tygrysy" lubią najbardziej...kobiet.
Lato, temperatura ze 30 stopni, San. Dla znających rzekę charakterystyka miejsca - w dół od mostu w Lesku, zakręt rzeki w lewo (oczywiście patrząc z prądem) czyli miejsce pod skałką. W dół za zakrętem prosta płań, bród i tzw. drugi zakręt. Maniks łowi przy brodzie, ja dwieście metrów powyżej a na zbyrkach pod skałką Sylwek. Ćwiczę lipionki, które nie są zbyt chętne do współpracy. Jeszcze za wcześnie za duża lampa trzeba poczekać na wieczornego chruścika, kątem oka obserwuje Maniksa, a ten zachowuje się w debilny dla mnie sposób. Kładzie suchą muchę a gapi się w przeciwnym kierunku. Coraz bardziej przyspiesza podążając z prądem. Wytłumaczenie mam jedno - musiał zobaczyć nieprawdopodobne wyjścia do suchej. Przyspieszam i ja. Jak relacjonował nam Sylwek, widział to tak - najpierw jeden zasuwa na zakręt, następnie drugi to i on doszedł do wniosku że coś się dzieje na wodzie i też pognał za nami. Kiedy jestem bliżej Maniksa dostrzegam, że w "głowacicowej" rynnie na drugim zakręcie ktoś jeszcze łowi. Kiedy dochodzę bliżej widzę że dziewczyna. Stoi w wodzie w woderach, łapie na przepływankę długim kijem. Powoli znikające za wzgórzami słońce doskonale oświetla jej sylwetkę. Kiedy jestem jeszcze bliżej widzę co mojego kolegę tak przyspieszyło. Dziewczyna ma na sobie wodery i... tylko wodery. Wygląda to zjawiskowo... Kiedy jesteśmy już niebezpiecznie blisko dziewczyna wychodzi na brzeg i zakłada kostium.
Ostatnio zmieniany: 2010/06/14 12:07 przez thymalus.

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 20:31 #41785

thymalus napisał:
... Kiedy jesteśmy już niebezpiecznie blisko dziewczyna wychodzi na brzeg i zakłada kostium.



No i co było dalej? :woohoo:
Podeszliście do niej?

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 20:42 #41786

  • Mietek
  • Mietek Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 341
Miało być tak pięknie a skonczyło się jak zawsze?

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 20:56 #41787

  • thymalus
  • thymalus Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 395
  • Podziękowań: 55
Podeszliśmy, porozmawialiśmy o rybkach z nią i jej chłopakiem, który łowił za zakrętem ale w bezpiecznej odległości. Miał ją na oku...

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 21:06 #41788

  • thymalus
  • thymalus Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 395
  • Podziękowań: 55
Tak Fatso, w Płytnicy zajmowaliśmy się innymi rzeczami niż pisarstwo...
Część 5. Co nieco o sprzęcie
Przypomniałem sobie o przebojach z czeskim Szekspirem, które dzielił ze mną Fatso. Co nieco więc o sprzęcie na jaki łowiło się w czasach przedrynkowych, w czasach realnego socjalizmu. Zaczynajmy od podstawowego ekwipunku czyli wędziska i kołowrotka. Wędki muchowe jakie bywały w sklepach to właściwie czeski Szekspir, Germina i coś chyba ruskiego. Jako tako do łowienia nadawały się czeskie wędki. W peweksie w Łodzi można było kupić węglowego Shakespeare. Taki kijek miał Maniks i gnał po niego do Łodzi. Wędka kosztowała bodaj 36 $ co stanowiło równowartość dobrej wypłaty. Potem pojawiły się w peweksach ABU. W Krakowie było więcej sprzętu z prywatnego importu, ceny były jednak kosmiczne. Kołowrotki to Libelka, Tokoz i marzenie każdego Abu Diplomat 156 lub 178 do kupienia również w peweksie. Linki to prywatny import. W sklepie bywały zielone linki momentami tonące momentami pływające niewiadomej klasy produkcji bodaj czeskiej, które panie namiętnie wykupowały jako linki do bielizny. Sznury były drogie dlatego kupowało się DT na dwóch i łowiło połówką linki. W zupełności wystarczało. Właściwie cały lepszy sprzęt opierał się na prywatnym imporcie. Sprowadzano rewelacyjne blanki Fibatube które montowano stawiając tym samym podwaliny pod rodbuilding. Fibatube to blanki Hardy'ego które były jak na tamte czasy genialne, a i teraz nie są najgorsze. Przynajmniej jak dla mnie... Spodniobuty również w tym czasie były nieosiągalne. Łowiło się w krótkich woderach. Aby połowić głębiej stosowało się wojskowe OP 1, a niektórzy foki, kombinezony dla nurków. Wszystko to ciekło, było zimne ale nam nie przeszkadzało. Problemów za wielkich nie było z haczykami. Mustady można było dostać bez większych problemów. Za to materiały na muchy to była kombinacja. Dziś już nie słyszy się o nimfach z catgutu, czyli nici chirurgicznej. CDN

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/12 21:06 #41789

thymalus napisał:
Podeszliśmy, porozmawialiśmy o rybkach z nią i jej chłopakiem, który łowił za zakrętem ale w bezpiecznej odległości. Miał ją na oku...




Aaaa... z nią i jej chłopakiem...;)

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/13 10:34 #41825

  • thymalus
  • thymalus Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 395
  • Podziękowań: 55
Część 6. Czyli nieco o rybach i patentach
Wydaje mi się, że wysoki poziom polskiego muszkarstwa spowodowany był właśnie problemami rynkowymi. To co zachodni wędkarze mieli podane na tacy (czyt. w każdym sklepie) my musieliśmy wykonywać z jakichś półproduktów. Weźmy przypony koniczne, plecione. Tu mistrzem w ich wykonywaniu był Maniks. Splatał przypony z czterech lub sześciu odcinków żyłki. Jak to się robi? Przedstawię to na przykładzie przyponu czterożyłkowego. Bierze się dwa odcinki żyłki długości około 5 metrów każdy. Po złożeniu ich na pół daje to długość około 2,5 metra. W miejscu złożenia wiąże się węzełek tak aby powstała mała pętelka natomiast cztery odcinki są luźne. Na końcach każdego luźnego końca wiąże się również małą pętelkę. Konieczne teraz są dwie pary peanów. Przez pętelkę na górze przyponu przekładamy peany i przypinamy np do koca. Konieczne jest jeszcze zrobienie korbki. Drut wygięty w kształt korbki. Dłuższe ramię przełożone przez drewienko od ołówka z wydrążonym wkładem (może być obojętnie jaka rurka) zakończone wygiętym haczykiem. Na ów haczyk zakładało się pętelkę z luźnego końca żyłki i kręciło. Kręcić trzeba było z dziesięć minut na naprężonej żyłce do momentu kiedy przy najlżejszym poluźnieniu żyłka sama się skręcała. Końcówkę zdejmowało się z korbki, przez oczko drugie peany i przypięcie do swoich spodni, ale cały czas naprężone. Tak postępowało się z każdym odcinkiem dokładając po skręceniu na peany. Kiedy wszystkie cztery są skręcone zdejmuje się je z peanów i delikatnie luzuje. Żyłki skręcają się same ze sobą. Tym sposobem mamy przypon skręcony ale jednej grubości. Dalej następuje wyplatanie żyłki. Pierwszy odcinek wyplatamy najdłuższy, tak aby kończył się około 60 cm. od końca przyponu i zakańczamy węzłem który dodatkowo można polakierować albo zakleić. Na pierwszym odcinku 60 cm. mamy 4 żyłki. Wyplatamy kolejną którą zakańczamy około 50 cm przed wyższym węzełkiem. Na tym odcinku mamy 3 żyłki. Analogicznie kolejną wyplatamy i mamy dwie żyłki i jedną na samym końcu. Tą jedną żyłkę kończymy malutką pętelką do której dowiązujemy jeden lub dwa najcieńsze odcinki przyponu. Dzięki pętelce na pojedynczym kawałku żyłki zyskujemy to, że przypon nam się nie skraca przy kolejnych wiązaniach. Jest to robota żmudna ale przypony zachowują się przy suchej genialnie. Można znacznie szybciej skręcić wiertarką ale trzeba uważać. Robota jest żmudna, ale polecam na długie zimowe wieczory :)
Nieco o muszkach. Naoglądałem się w katalogach setek wzorów. W latach 80 o kaczej d... nie słyszał nikt. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć jedno. O ile na pomorskich rzekach ilość jerzynki nie wpływa specjalnie na brania, to na Sanie, Dunajcu itp. zwłaszcza na płaniach ideałem byłby jej całkowity brak. Bezwzględnie należy ograniczyć się do minimum, stosować pióra najwyższej jakości. Lepiej zrobić dwa wymachy więcej do osuszenia muchy. Mieliśmy doskonałe wyniki łowiąc na dziwne muszki, które opracowali w sumie koledzy. Nazwali je suchym nimfkami. Wykonywało się je na haczykach max 16 ze wskazaniem na 18-22. Sam tułów a zamiast skrzydełek trzy promienie z lotki kaczora przywiązane tak aby utworzyła się pętelka. Poruszały się na powierzchni lub tuż pod nią. Branie widoczne było jako mały wzgórek na wodzie. Diablo skuteczne muchy. Doskonale łowi się również wieczorem na przytopionego chruścika. Normalny suchy wzór nie przesuszany dodatkowo po położeniu "wbity" w wodę. Z takim chruścikiem miałem ciekawą przygodę. Było już szarawo. Łowiłem na Sanie na "szachownicy". "Szachownicą" nazywaliśmy miejsce poniżej mostu przed zakrętem i skałką. Cienko nie łowiłem, 0,18 na końcu bo brania potoków bywały bardzo ostre, prawie jak na streamera. Złowiłem z dwa potoki ale bez rewelacji. W pewnym momencie branie i... tajfun na wędce. Zanim zdążyłem cokolwiek pomyśleć cała linka wyciągnięta z kołowrotka. (a miałem już całą) Gonię za rybą, na szczęście woda płytka. Wiem z całą pewnością, że to nie lipień. Na pstrąga też mi to specjalnie nie pasuje. Po prostu to co czuję na końcu wędki masą nie pasuje mi do łowionych ryb. Nie mam najmniejszej szansy na zatrzymanie ryby. W pewnym momencie luz... Do dzisiaj nie wiem co to było. Ogromny potok? może głowacica. Koledzy którzy widzieli całą akcję twierdzili, że mógł to być również tęczak, które w tamtym okresie podobno trafiały się na Sanie. Osobiście nigdy nie złowiłem. Skoro o ciekawych holach mowa, to z Pawłem Ż. szliśmy połowić "pod skocznią" powyżej Średniej Wsi. Przechodziliśmy przez bystrze poniżej ujścia Hoczewki aby dojść tam na skróty. Idąc przez wodę zobaczyliśmy poniżej wędkarza stojącego z wygiętym kijem. Ot ma zaczep pomyśleliśmy. Pod skocznią nic się nie działo więc po godzinie wróciliśmy na płań powyżej Hoczwi. Wędkarz w prawie tym samym miejscu, kij dalej wygięty. Zobaczył nas i krzyczy, czy mamy podbierak. Idziemy do niego. Kolega z Krosna okazuje się, że przy łowieniu lipieni na nimfę zapiął głowacicę. Na końcu 0,14 z rybą buja się dwie godziny. To jego pierwsza głowatka na kiju. Nogi mu się trzęsą, ręce latają. Znam ten stan doskonale. Odpalam mu papierosa i wkładam do ust bo ręce ma zajęte. Całe szczęście, że głowatka kręci się po dole. Na pewno wymiarowa. W końcu udaje mu się doprowadzić ją na tyle, że Paweł mający większy podbierak jakimś cudem wprowadza ją do siatki. W tym momencie żyłka strzela... Wojtek, tak ma na imię, chce rybę puścić, bo to pierwsza ale chce mieć pamiątkę, bo koledzy mu nie uwierzą. Robimy mu zdjęcia i rybka trafia do wody. Miała 76 cm, co na 0,14 gdzie w tamtym czasie żyłki były znacznie słabsze jest moim zdaniem ogromnym wyczynem. Zaprasza nas na oblanie sukcesu do zajazdu Pod Gruszką. Slajdy wysyłamy mu pocztą...

Odp:Z pamiętnika muszkarza... 2010/06/13 11:16 #41830

  • thymalus
  • thymalus Avatar
  • Offline
  • Użytkownik
  • Posty: 395
  • Podziękowań: 55
Część 7 Zawody
Zawody traktowałem bez specjalnego napięcia. Raz startowałem w gruntowych i za bardzo mi się to nie podobało. Potem były dwa razy zawody Troć Słupi. Doskonała okazja do spotkania się ze znajomymi i to był właściwie główny cel. Na Troci Słupi nigdy nie złowiłem ryby. Po zawodach i owszem, bywało... Pierwsze muchowe zawody to był Lipień Drawy wówczas również zaliczany do Grand Prix. Był to bodaj 1987 rok. Trudno powalczyć na zawodach jeśli o połowie na nimfę ma się takie pojęcia jakie ma żaba o tranzystorach. Po zawodach mam mieszane uczucia. Raz, że zdyskwalifikowany zostaje bardzo znany wędkarz za podłożenie ryby. Jak do tego doszło? Stanisław Cios badał żołądki złowionych ryb. Ryba wzbudzała podejrzenia co do świeżości, sprawdzona okazało się, że nawet nie pochodziła z Drawy. Dwa, po zawodach ekipa świetnych wędkarzy z Wałbrzycha (o ile się nie mylę) pokazała na czym nimfa polega. Ot spinning, kulka ołowiana, na krótkim górnym troku nimfa i rzut z brzegu w rynienkę. Zacięcie i ryba.
W tym samym roku na Sanie Akademickie Mistrzostwa Polski. Startuję ja, Maniks i Waldek Rabcewicz. Mamy opracowane doskonałe na ten okres muchy. Ryby jednak totalnie nie żerują. Jest początek listopada. Robię muchy dla Waldka który nie ma doświadczenia na Sanie. On z kolei daje jedną moją muszkę koledze z Białegostoku. I łowi na nią największą rybę zawodów i wygrywa indywidualnie. Oczywiście jesteśmy zaproszeni na oblewanie... Ja losuję miejsce na płani w Hoczwi. Łowię lipienia 34 cm, więc nie jestem na zero. Łowienie utrudnia mi fakt, że jestem zatruty śledzikami, nie spałem całą noc i staram się nie oddalać od zbawczych krzaków... Jest z godzina do końca i wtedy widzę jak podnosi się przede mną lipień. Nogi mi się ugięły. Rybkę oceniam delikatnie na 50 cm. Zbiera regularnie ale ma w głębokim poważaniu to co mu podrzucam. Robię przegląd pudełka. Muchy zmieniam jak maszyna, brzuch przestaje boleć. W takich chwilach konieczne jest jedno - zdjęcie polaroidów. Po prostu jesteś tak skoncentrowany, napięty, że o błąd nie jest trudno. A ja widzę w okularach jak ryba dojeżdża do muchy, zawory puszczają i zacięcie o ułamek sekundy za wcześnie. Czuję tylko jak lipień dostaje po pyszczku ale się nie zacina. Przestaje wychodzić. Gdybym zdjął okulary nie widziałbym podejścia i zaciął dopiero kiedy zassie muchę... W efekcie 4 miejsce indywidualnie i trzecie drużynowo. Rok później 1988, Klubowy Puchar Polski na Sanie. Łowią same sławy. Ja losuję stanowisko powyżej mostu w Postołowie. Totalna płycizna, woda do pół łydki porośnięta zielskiem. Lampa, temperatura około 30 stopni. 1988 to już rok kiedy na Sanie ciężko o poważną rybę. Od mistrzostw świata w 1985 roku wystarczyły "wędkarzom" 3 lata aby zniszczyć rzekę. Wracając do zawodów. Na moim stanowisku dostrzegam pod drugim brzegu rynienkę. Zaczyna się na stanowisku powyżej, u mnie się kończy. Powyżej mnie łowi Janusz Jurkowlaniec. On również namierza tą rynienkę. Stoimy jeszcze na brzegu. Janusz chłop wyrywny i ma jakąś sprzeczkę z facetem, jak się okazuje to sędzia stanowiskowy. Nie należy się kłócić z sędzią... Sygnał do rozpoczęcia. Zajmujemy z Januszem stanowiska obok siebie. Janusz zapina pierwszego lipienia. Prąd znosi go na moje stanowisko, a sędzia z brzegu drze się - spalony. Ja tłumaczę, że nie mam pretensji, mnie to nie przeszkadza ale sędzia jest nieubłagany. Za moment druga ryba wjeżdża na moje stanowisko. Jest zbyt blisko mnie żeby zatrzymać rybę idącą po łuku z prądem. Przewiązuje żyłki i w końcu udaje mu się przytrzymać rybę u siebie. Ja również łowię lipienie. Wszystkie w okolicy wymiaru. Boję się wziąć, bo przy takiej lampie mogą się skurczyć. W końcu zapinam dwa w miarę bezpieczne. Mam je w koszyku zawinięte dodatkowo w namoczoną ściereczkę. Okazuje się, że Maniks i Waldek również zaliczyli po dwie ryby. Widzimy co ludzie znoszą, a padają komplety i nie liczymy na sukces. Okazuje się jednak, że bodaj 8 drużyn jest zdyskwalifikowanych za złowienie niemiarowych ryb. Po podliczeniu wyników okazuje się, że wygrywamy. Warszawa, Bzdykfus pierwszy raz tryumfuje na tej rangi zawodach. Puchar wręcza nam Jurek Kowalski. Pozostaje niesmak dyskwalifikacji. Odechciewa mi się zawodów. Teraz wyłącznie towarzyskie...
Ostatnio zmieniany: 2010/06/13 12:40 przez thymalus.
Moderatorzy: Tarkowski
Time to create page: 0.089 seconds