Alek_Art. napisał:
Spoko, już się nie czepiam
Od siebie w temacie napiszę tylko tyle, że jak będzie calkowity zakaz zabierania pstrągów, to nad rzekę zacznę chodzić tylko z aparatem fotograficznym, bo nie lubię kłuć ryb bez sensu. Jakby nie było, haki i kotwice też robią rybom szkody. Jestem zdania, że jak będzie zakaz zabierania tych ryb, to wielu uczciwych wędkarzy po prostu zniknie znad rzek, a w ich miejsce pojawią się kłusownicy i bilans wyjdzie na zero - ryb wcale nie przybędzie, a może ich nawet ubyć. Wędkarze jednak płoszą wielu kłusoli samym przebywaniem nad wodą (sam taką sytuację przeżyłem w ubieglym sezonie dwukrotnie - jak tylko mnie robaczkarze zobaczyli, że idę ze spinningiem, to od razu ucieczka znad wody). Tak więc jeśli No Kill, to tylko wtedy, kiedy zwiększone zostaną wysiłki w dziedzinie ochrony rzek przed kłusownikami, w przeciwnym razie wydaje mi się, że minie się to z celem.
Ja natomiast myślę, że powyższa deklaracja jest przykładem delikatnie to nazywając egoizmu. Jeśli alergicznie reagujesz na możliwość wypuszczenia złowionego pstrąga to rzeczywiście sensownym rozwiązaniem jest porzucenie wędkarstwa. W dzisiejszej bylejakości naszych łowisk wędkarze szukają usprawiedliwień dla własnych poczynań. Ubolewam też nad bardzo niską świadomością wędkarzy wypowiadających się w powyższym temacie tym bardziej, że powszechnie znane przez nich przykłady w których zawierają się nasze zajechane jak stara chabeta rzeki niczego ich nie nauczyły. W zdecydowanej większości odpowiedzi są usprawiedliwieniem własnych poczynań.
Kojarzy mi się to z dwoma przypadkami, które ośmielę się podać.
Pierwszy to zabijanie pstrągów można porównać do nałogowego palenia papierosów. Taki palacz doskonale wie, że postępuje źle jednak ogarnięty nałogiem tłumaczy wszystkim, że to sprawia mu przyjemność a nawet często zdobywa się na porównanie palenia do sztuki i rzecz jasna pali nadal.
Drugi zaś przykład dotyczy gospodarowania łowiskami. Jeśli gdzieś uda się wyhodować troszkę pstrągów poprzez ochronę, zarybienia....to zaraz znajdują się wyciągnięte po te ryby nienasycone łapska.
Wracając do przykładu to jest taki dowcip. Otóż Bóg zabrał do siebie Amerykanina, Niemca i Polaka.Pyta pierwszego co by w życiu chciał. Amerykanin mówi, że jego sąsiad ma wielkie ranczo, piękny dom i wspaniałą rodzinę i prosi Boga by pomógł mu osiągnąć podobny stan.Podobnie Niemiec. Jego sąsiad ma dobrze prosperującą fabrykę, ma wspaniałe auto i potrafi zadbać o swoją rodzinę. Prosi Boga by spełnił jego marzenie o podobnym życiu. Natomiast zapytany Polak zwierza się, że jego sąsiad ma dom i rodzinę, że pracuje i dzięki temu z dużym trudem wybudował dom i prosi Boga, żeby temu sąsiadowi wszystko spłonęło.